Wszystkie Z regionu szczecińskiego W skrócie Z kraju

z kraju artykuł

Lubelskie: Oni nie chcą jeździć tak długo

Karol Adamaszek, Julia Wronikowska, Gazeta Wyborcza,

dodane przez ADIK

Czego nie lubią pasażerowie pociągów Lublin - Warszawa? Obrzydliwego zapachu z toalety i ścisku na korytarzu, bo nie da się czytać podczas długiej podróży.
Czy można polubić regularne podróże trwające średnio dwie i pół godziny? "Można, wystarczy się przyzwyczaić". Takie odpowiedzi od pasażerów pociągu "Chełmianin" (z Lublina do Warszawy wyjeżdża o 8.15 rano) i "Lublinianin" (powrotny ze stolicy o 16.15) słyszeliśmy najczęściej. W przedziałach spotkaliśmy przekrój zawodów wykonywanych przez Polaków: studentów, uczniów, bezrobotnych, lekarzy, kolejarzy, wykładowców z UMCS, profesora prawa z KUL, instruktora tańca, policjanta, inżyniera, specjalistę od pozyskiwania środków unijnych czy nauczyciela.

Poranny pociąg do Warszawy to nie jest miejsce, gdzie łatwo o nowe znajomości. Przedziały pełne, zwykle siedzi w nich od sześciu do ośmiu osób. Większości ludzi wybiera podróż drugą klasą, bo bilety są kilkadziesiąt złotych tańsze od tych na pierwszą.

Nie ma gdzie usiąść

Niezależnie od tego, w którą stronę się jedzie, pierwsze 15 minut podróży to czas poszukiwania miejsca. Mimo, że "Chełmianin" nie wyrusza z Lublina, to o miejsca w nim jest znacznie łatwiej niż w pociągu, który jedzie z Warszawy Zachodniej. Na Centralnym jest już taki tłok, że jeszcze zanim się wsiądzie do pociągu, już widać, że na miejsce siedzące nie ma szans. Jeśli jedziesz np. z żoną i dwójką dzieci to masz problem. Cudem jest znalezienie dwóch miejsc w jednym przedziale, a co dopiero czterech. Kiedy już człowiek siądzie, to prawie zastyga w bezruchu. Mało miejsca na nogi, duszno. W przedziale pełnym ludzi trudno się poruszyć, a podróżni najczęściej z niesmakiem patrzą na tych, którzy ośmielają się wiercić albo łażą i przekładają bagaże. Co więc robić przez 150 minut. Można czytać. O ile się siedzi. Teoretycznie usiąść można na korytarzu. W wagonie są cztery rozkładane siedzenia. Gorzej jak i te są zajęte. W piątkowym "Lublinianinie" to norma. Nieliczni ratują się siadając na bagażach, młodsi kucają. Co ma zrobić kobieta objuczona zakupami? Liczyć na uprzejmość pasażerów. Po pół godzinie podróży zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie ma jechać osoba, dla której nie ma miejsca ani w przedziale, ani w korytarzu. Odpowiedź znaleźliśmy po godzinie.

Zepsuta toaleta, czyli fetor w wagonie

Tuż przy drzwiach łączących przedziały (trzeba nie lada siłacza, żeby je rozsunąć), obok toalety spotkaliśmy dwóch mężczyzn - Piotra i Rafała. Wracali z Warszawy do Puław. - Mamy lepiej od tych, co jadą do Lublina, bo wysiadamy 45 minut wcześniej - mówili tak, jakby sami nie wierzyli w swoje szczęście. Jadąc "Lublinianinem" przekonaliśmy się, co oznacza, zepsuta toaleta w pociągu i niedomykające się drzwi od niej. Smród roznoszący się po całym wagonie to jeszcze nic. Najgorzej mają ci, którzy liczyli, że właśnie w pociągu zjedzą obiad, na który nie mieli czasu po pracy.

Przepychając się między ludźmi stojącymi na korytarzu trafiamy na Roberta. Szatyn z kilkudniowym zarostem, ubrany jest jak na wyprawę w wysokie partie gór: trekkingowe buty, "alpejską" kurtką i polarową czapkę. Na oko ma trzydziestkę na karku. Stoi w wagonie pierwszej klasy. Bilet ma na drugą, ale konduktorzy pozwalają zajmować miejsca stojące w wagonie, kiedy nie ma już gdzie stanąć w drugiej klasie. Robert to prawdziwy weteran podróży Lublin - Warszawa - Lublin. Od poniedziałku do piątku jeździ tak już przez trzy lata. Mógłby zamieszkać w Warszawie, ale nie chce ze względu na rodzinę. W domu na jego powrót czeka żona, czteroletni syn i trzymiesięczna córka. - Jakiś czas temu próbowałem mieszkać w Warszawie i wracać do Lublina na weekendy, ale za bardzo tęskniłem - opowiada.

Wstaje codziennie o 4.30 rano. W stolicy jest wpół do dziewiątej. Z Dworca Centralnego dojeżdża do pracy w firmie informatycznej tramwajem. Jak nie ma dużych korków, w budynku z oknami na Okęcie jest pięć minut po dziewiątej. Aby zdążyć na pociąg o 16.15 i być dłużej z rodziną umówił się z szefem, że brakujące pięć godzin, będzie nadrabiał pracując przed komputerem w domu.

Może rowerem będzie szybciej?

Przez trzy lata nauczył się, że na kolei bardzo trudno coś zmienić. - Czy wiecie, że z Warszawy do Pilawy jedzie się aż godzinę, a to tylko 50 km. Pozostałe 120 km do Lublina w półtorej godziny, gdzie tu logika? - pyta.

Jeszcze w wakacje był na granicy wytrzymałości. Wykombinował, że sprawi sobie rower. Codziennie dojedzie do Otwocka w pół godziny. Stamtąd do Lublina będzie miał już niewiele ponad półtorej godziny jazdy koleją. W końcu po długich namysłach odpuścił. Całą trasę pokonuje pociągiem. Dla rozrywki liczy słupy trakcji kolejowej. - Są co 200 metrów, spoglądając na zegarek łatwo wyliczyć z jaką prędkością jedzie pociąg - tłumaczy. Robert akcję "Gazety" dzięki, której podróż ze stolicy do Lublina skróci się o 60 minut, śledzi od początku. Do podpisywania się pod apelem do władz namówił już rodzinę i znajomych. Dlaczego szybka kolej do Warszawy jest dla niego tak ważna? - Godzina krócej w pociągu, to godzina dłużej z żoną, synem i córką - mówi.

źródło: Gazeta Wyborcza

możliwość komentowania została wyłączona