z kraju artykuł

Lubelskie: Ukrainskim Pendolino do Zwierzyńca czyli co w lokalnych mediach o kolei "piszczy"

jar,rynek kolejowy,

dodane przez Lutek

Przeglądając lokalne media czasem można znaleźć informacje wręcz nieprawdopodobne. Czasem też są to problemy małych społeczności, jakby nie dostrzegane z perspektywy „góry” PKP PLK czy działającego na jej zlecenie projektanta modernizacji/ rewitalizacji linii kolejowych. No i polityka, w której chcąc nie chcąc uczestniczą kolejarze.
Pendolino ze Lwowa przez Roztocze?

Niewątpliwie do doniesień wręcz nieprawdopodobnych należy informacja opublikowana przez „Nowy Tydzień w Lublinie” (więcej). Lokalny tygodnik relacjonuje spotkanie polskiego ambasadora nadzwyczajnego na Ukrainie z szefem Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej. W rozmowy dyplomaty z urzędnikiem wynika, że jest szansa na szybkie połączenie kolejowe Lwów – Warszawa przez Lublin. Nowoczesne zespoły trakcyjne, konkurencyjne dla PENDOLINO, są właśnie przygotowywane w lwowskiej fabryce ELEKTRON. Strona ukraińska zapowiada, że 4 takie składy będą kursowały do Warszawy przez Lublin już za 2-3 lata.

Jak zauważa „Nowy Tydzień w Lublinie” problemem może być niedostosowanie linii kolejowej nr 7 do szybkich pociągów oraz zapowiada jej modernizacja na odcinku Warszawa - Lublin. Co ciekawe, nie zastanawia się jak dalej miałby pojechać super skład znad Pełtwi. Najprawdopodobniej miałby skręcić w Rejowcu przez Krasnystaw, Szczebrzeszyn, Bełżec i Hrebenne dotarłby do granicy. Tutaj jednak problemem mógłby być choćby brak „druta”, a i manewrowanie tego cudeńka na ciasnych poaustryjackich łukach sześćdziesiątki dziewiątki na pewno też nie pozwalałoby rozwinąć skrzydeł produktowi flagowemu ELEKTRONu. Inna opcja to jazda na Chełm, ale tutaj i droga okrężna, tory „wolniejsze” oraz zmiana wózków w Jagodinie. No i pokonywanie granicy – aż trudno sobie wyobrazić celników rozkręcających śrubokrętami naszpikowane elektroniką cudeńko, czarne worki z kartonami „cigaretów” wynoszone ze składu czy pękające woreczki z bezbarwną, aromatyczną cieczą… Wielkim zatem wyzwaniem dla ukraińskich konstruktorów będzie stworzenie PENDOLINO „antyprzemytniczego”!

Przejścia nie ma!

Jak Polska długa i szeroka w pocie czoła pracują firmy modernizujące/ rewitalizujące infrastrukturę kolejową. Dzięki tym pracom, a czasem także za sprawą drogowców, którzy podczas budowy dróg wznoszą wiadukty nad torami, można liczyć na szybsze przemieszczanie się po szynkach, ku uciesze pasażerów i zarządcy infrastruktury kolejowej. Jednak w takich sytuacjach nie wszyscy wygrywają, bo czasem podczas modernizacji często likwidowane są przejazdy kolejowo- drogowe. Dla zmotoryzowanych nie jest to duży problem – strata to nadrobić objazdem kilometr czy cztery, ale zysk to brak postojów przed rogatkami. Gorzej rzecz się ma dla tzw. niezmotoryzowanych użytkowników dróg – pieszych i rowerzystów. Dla nich pokonanie takiej odległości, zwłaszcza gdy trzeba wspiąć się pod górę, to spory wysiłek. Zachęca to więc do pokonywania torów w miejscach przygodnych, w szczególności w miejscach po zlikwidowanych w wyniku modernizacji przejazdach. Taką sytuację opisuje portal „Moje Miasto Ostrowiec” w artykule pod niezwykle wymownym artykułem „Ile kosztuje ludzkie życie? Nikt nie chce zapłacić za bezpieczne przejście przez tory” (więcej). Opisany przypadek, kiedy to zarządca infrastruktury kolejowej stawia w trudnej sytuacji mieszkańców osiedli przeciętych przez nowy tor, nie jest odosobniony. Trudno dziwić się, że PKP PLK szuka oszczędności na przejazdach, kiedy ze względu na obowiązujące przepisy cała odpowiedzialność (i koszty) za utrzymanie skrzyżowań dróg i torów spada na nią. Zachęca to likwidacji przejazdów lub prób „zachęcenia” samorządów do uczestniczenia w utrzymaniu takich obiektów. To „wycinanie” potrzebnych dla lokalnych społeczności obiektów na pewno nie przysparza dobrego postrzegania kolei. Zwłaszcza, że z likwidacją przejazdów nasila się działania represyjne względem osób przechodzących przez tory w miejscach przygodnych (akcja „Zero tolerancji...”). Mamy zatem sytuacje, kiedy dwie różne strony mają swoje całkowicie inne cele i raczej nie widać prób wdrażania rozwiązań systemowych zbliżających obie strony sporu. Póki co najwięcej zależy od bezpośrednich relacji między władzami samorządowymi i zarządcami obiektów kolejowych w celu zaspokojenia potrzeb lokalnych społeczności w kwestii pokonywania torów. Mamy tutaj i dobre przykłady (Stalowa Wola – planowane zastąpienie kładki wygodniejszym dla pieszych przejściem w poziomie szyn), i złe, czasem w skrajnej postaci (likwidacja kładki nad „suchym portem” Małaszewicze).

Niewątpliwie w kwestii utrzymania przejazdów kolejowych trzeba poszukać rozwiązań systemowych, idących w kierunku wspólnego utrzymywania przejazdów, przejść w poziomie szyn czy kładek przez kolej i zarządców dróg/ ciągów pieszych. Jednak dopóki nie zostaną wdrożone może należy zwracać na uzasadnione potrzeby lokalnych społeczności? Choćby po to, aby nie mieć wydawać się na żer publikatorów...

„Radny gada głupoty”

W nawiązaniu do relacji kolej – samorząd warto chyba wspomnieć o wymianie opinii na linii radny miejski w Lublina - Dyrektor tutejszego Zakładu Linii Kolejowych, którą relacjonowała „Gazeta Wyborcza Lublin” (tutaj). Cała sytuacja ma związek z festiwalem Open City. Przed lubelskim ratuszem położono odcinki toru normalnego i szerokiego. Instalacja miała symbolizować brak połączenia Wschodu z Zachodem Europy. Jeden z radnych zażądał jej usunięcia, wskazując za zagrożenie zdrowia przechadzających się deptakiem osób. Zwrócił uwagę, że drewniane podkłady kolejowe nasączone są rakotwórczymi środków chemicznych. Na pytanie dziennikarza przedstawiciel PKP PLK stwierdził, że obecnie stosowane środki do nasączania podkładów kolejowych nie są zagrożeniem dla zdrowia. Jeśli radny uważa inaczej, „to gada głupoty” – odpowiedział Zygmunt Grzechulski na łamach dziennika.

Na szczęście ten problem już się rozwiązał – kilka dni temu elementy infrastruktury kolejowej zostały zabrane sprzed lubelskiego ratusza...

źródło: rynek-kolejowy.pl

brak komentarzy