z kraju artykuł

Wrocław: Pociągi na celowniku wandali

Janusz Krzeszowski,

dodane przez wojtazz

Nastolatki chwyciły w ręce spreje z farbami. Mandaty za malowanie są śmiesznie niskie.
Jest szósta nad ranem. Okolice stacji Wrocław-Nadodrze. Przerażony maszynista pociągu osobowego do Poznania nagle zaciąga hamulec.
- Zabiliśmy rowerzystę! - krzyczy. Pasażerowie są w szoku, na torach leży roztrzaskany rower.

Szybko okazuje się, że to tylko prowokacja. Z krzaków wyskakuje grupa zamaskowanych nastolatków i rzuca się z puszkami farb na pociąg. W ciągu kilku minut pokrywają wagony bohomazami i znikają.

To od dwóch miesięcy coraz powszechniejszy obrazek na dolnośląskich torach.
- Na 240 naszych interwencji w tym roku aż połowa przypada na grafficiarzy. I z dnia na dzień jest coraz gorzej - denerwuje się Adam Radek, rzecznik prasowy Straży Ochrony Kolei we Wrocławiu. - Ci ludzie są na tyle bezczelni, że malują wagony, gdy pociąg zatrzymuje się na 5 minut na stacji. Tak było ostatnio na dworcu Wrocław-Mikołajów. Dziesięć osób, kilka minut i czterdzieści metrów pociągu pokryte farbą - opowiada strażnik.

Na bocznicach kolejowych noce też nie są spokojne. Grafficiarze rozkładają halogeny, drabiny i malują na wagonach wielkie obrazy.
Do Wrocławia przyjeżdżają ekipy grafficiarzy z Czech, Niemiec, a nawet z Francji. Nierzadko włamują się do budynków, gdzie stoją pociągi.

Straty liczone w setkach tysięcy złotych to efekty listopadowej premiery polsko-niemieckiego filmu "Grafficiarze". Wynika z niego, że największym osiągnięciem ulicznego malarza jest właśnie pomalowanie pociągu.
- Nie mamy już siły. Od kilku tygodni nie robimy nic oprócz szorowania wagonów z graffiti - żali się Rafał Petryszyn z firmy sprzątającej pociągi.

Sami grafficiarze nie kryją, że film miał wpływ na ich działalność.
- To największe, najtrudniejsze wyzwanie, a ten film jeszcze bardziej to wyolbrzymił, rozbudził apetyty. "Nakręcił" tych młodszych i tych, którzy do tej pory bali się kolejarzy - mówi wrocławski malarz o ksywce SAP.

Problem pojawił się z winy samych kolejarzy, którzy udostępnili polskie pociągi ekipie filmowej.
- Żadna kolej w Europie na to się nie zgodziła, tylko nasza, polska - przyznaje Anna Hardasiewicz, przedstawicielka dystrybutora filmu na Polskę.

Kolejarze tłumaczą, że zgodzili się, bo film wcale nie gloryfikuje graffiti. Do zdjęć użyczyli stare tabory, które potem zostały całkowicie wyczyszczone na koszt producenta filmu.
- Nikt nie powiedział nam, że w innych krajach koleje nie chciały się na to zgodzić - tłumaczy Agnieszka Derek, rzeczniczka prasowa Kolei Mazowieckich.

Psychologowie tłumaczą, że trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy to film wzbudził taką potrzebę, czy tylko obudził to, co w tych ludziach drzemało.
- To taki bodziec. A teraz, gdy grafficiarzy jest więcej, tym bardziej czują się wzmocnieni, zdeterminowani, aby zaimponować sobie nawzajem jakimś nowym wyczynem, a potem chwalić się nim w internecie - mówi Janusz Czapiński, psycholog społeczny.

Nie odstrasza nawet to, że za dewastację z wykorzystaniem graffiti grozi grzywna do 5 tysięcy złotych. Najczęściej bowiem sądy wymierzają o wiele niższe kary. Kończy się zazwyczaj na niewielkim mandacie.

źródło: Polska Times Gazeta Wrocław

możliwość komentowania została wyłączona